TO NIE SĄ MOJE DŁUGI >>>

ANTYKOMUNIZMEM
POWINIEN ZAJĄĆ SIĘ INTERPOL!!!

Mam pytanie…

Broń elektromagnetyczna (hard power)

List do premiera 31 sierpnia 2022

Poniżej wkleiłam list do premiera, ale najpierw parę słów komentarza. Pamiętam, choć jak przez mgłę, jak służby zabiły Blidę. Podobno zabiły ją w łazience. Nie cenię śp. Blidy, ale takie mordowanie to kompletne barbarzyństwo. Wpadli do jej mieszkania jak banda maczo, pewnie dumni z siebie. Taki styl zapanował w tym kraju — fascynacja siłą i władzą. Gdyby tym służbom zlecić zamordowanie śp. Popiełuszki, na pewno by to wykonali, i to dokładnie według instrukcji.

Szanowny Panie Premierze,

Dotyczy: moich pism skierowanych do Urzędu Premiera w dn.dn.: /…/

Ponownie składam skargę na poczynanie tajnych służb wobec mojej osoby. Jesienią 2016 r. rozpoczęła się tajna operacja polskich służb, nie wiem której dokładnie instytucji. Służby dosłownie wtargnęły w moje życie osobiste, łamiąc kompletnie moje prawa obywatelskie, a nawet prawa człowieka. Nie podano mi powodu ani żadnego tytułu prawnego owego wtargnięcia. Zgodnie z obowiązującym prawem, obywatel powinien zostać poinformowany, z jakiego powodu służby państwowe naruszają jego prywatność, jakie są to służby, a jeśli to naruszenie prywatności polega na wkroczeniu do domu obywatela, służby powinny pokazać obywatelowi nakaz prokuratorski. Te wymogi prawne nie zostały spełnione. Nie powinna zwalniać z wymogów prawnych forma wtargnięcia służb. Zastosowanie techniki elektromagnetycznej w celu nawiązania kontaktu bezpośredniego z obywatelem, zwłaszcza w jego mieszkaniu, też nie powinno zwalniać służb z obowiązku zachowania wspomnianych wymogów prawnych.

Kontakt bezpośredni przy zastosowaniu fal elektromagnetycznych stanowi dla obywatela sytuację przymusową. Obywatel nie ma przecież możliwości przerwania kontaktu ze służbami w dowolnym momencie, jak to jest możliwe podczas na przykład rozmowy telefonicznej. Naruszenie prywatności też jest szczególnego rodzaju: człowiek jest zaskakiwany we własnym domu w różnych sytuacjach. „Wizyty” służb oraz świadomość, że taka „wizyta” może w każdej chwili nastąpić, to powód do stresu, strachu i nerwic. Nękanie obywatela tego rodzaju „wizytami” może doprowadzić do załamania nerwowego, a w konsekwencji nawet rozbicia rodziny i uniemożliwienia wykonywania pracy zawodowej.

W ostatnich latach napisałam do Rządu kilka listów, których daty wymieniam na wstępie tego listu. Opisałam w nich problem tajnych operacji służb państwowych wobec mnie, a także metody, z których większość narusza moją nietykalność cielesną w sposób tak skandaliczny, że zasługuje na miano tortur, a nawet zamachu na moje zdrowie i życie. Natomiast sama technika zasługuje na miano, już nie techniki służącej do kontaktu bezpośredniego, lecz na miano broni. Nie otrzymałam dotąd od Rządu żadnych wyjaśniających odpowiedzi, a jedynie radę zwrócenia się do policji lub prokuratury. Rada okazała się – jak pisałam w ostatnim piśmie – bezużyteczna, ponieważ dla obu instytucji sprawa jest za trudna. Natrafiłam w Internecie na „Interpelację nr 1903 do ministra obrony narodowej w sprawie działań Ministerstwa Obrony Narodowej dotyczących broni elektromagnetycznej”, z której wynika, że temat broni elektromagnetycznej nie jest dostatecznie znany nawet posłom RP, a postawione przez posła pytania dowodzą, do jakiego stopnia sprawa broni elektronicznej jest w Polsce tematem tabu, co wynika również z odpowiedzi na tą Interpelację. Dekady przemilczania faktu stosowania broni elektronicznej w Polsce i odmawiania ofiarom nieludzkich praktyk pomocy państwa przejdą do historii jako etap jak najbardziej dla Polski wstydliwy. Pomimo że w naszym kraju funkcjonuje kilka partii, widać, że w dziele utrzymywania tego tabu wszystkie partie są zastanawiająco zgodne. Pod tym względem panuje – można powiedzieć – jednopartyjność. Jeden duch łączy wszystkie partie, a po drugiej stronie my, bezbronny naród. Tymczasem, w ciągu minionych dekad niecni intryganci polityczni i strategiczni doszli już do najwyższej perfekcji, a w dziele mataczenia broń psychotroniczna przydatna jest im w pełnej skali. Przy czym zamożność w naszym kraju jest wprost proporcjonalna do współpracy z owymi niecnymi intrygantami, odmowa współpracy postrzegana jest jako wina. Jakoś dziwnie rozmyła się moralność i zasady w kwestii współpracy, bo przecież współpraca obywatela ze służbami powinna odbywać się według określonych praw i przy zachowaniu ścisłych reguł konspiracji. Obywatel, chcąc pomagać ojczyźnie, ma prawo wyboru, z którymi służbami chce współpracować i czy w ogóle chce współpracować. Współpraca powinna ponadto mieć formalne, legalne ramy.

Ponownie składam skargę na poczynania służb wobec mnie, ponieważ skutkiem ich działań i nieludzkiego traktowania zrujnowano moje życie, godząc jednocześnie w moją reputację. Nie może być tak, by Polak we własnej ojczyźnie traktowany był jak najgorszy wróg. Nie można akceptować barbarzyńskich nalotów na człowieka i jego dom jako coś normalnego.

Regiony:

Poszukuję świadków

Na moim blogu w zakładce „Broń psychotroniczna” znajdują się moje wpisy dotyczące tematu tej broni. Miałam z nią do czynienia. Złożyłam powiadomienie na działania przestępcze wobec mojej osoby, do Prokuratury Rejonowej Kraków — Nowa Huta. Adres: 31-922 Kraków, oś Stalowe 16D. Numer Sprawy: PR2 Ds/1197.2018

Prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania, podając w uzasadnieniu, brak dowodów uwiarygodniających moje zgłoszenie. Poszukuję świadków, którzy chcieliby poświadczyć fakt zaistnienia przestępstwa wobec mnie lub innej osoby.

Mam do czynienia ze szczególnym rodzajem zbrodni. Mój blog adresowany jest przede wszystkim do służb, ale nie tylko. Problemem jest wykazanie przed instytucjami takimi jak prokuratura czy policja, że ta zbrodnia ma miejsce, ponadto, w jaki sposób jest zorganizowana i jakim narzędziem popełniana. Problem wynika z tego, że wmieszała się w to wielka polityka. Brudna polityka.  Autorzy tej polityki tworzą wokół sprawy klimat utrudniający, a właściwie jak dotąd uniemożliwiający mi wydobycie się z potrzasku, na drodze prawnej. W mojej ocenie, ich interes polega na tym, by Polskę dyskredytować. Rozprawienie się z tym zbrodniczym procederem przez instytucje polskie, na zasadzie według właściwości, oznaczałoby, że Polska to jednak cywilizowany kraj. Zniweczyłoby to ich starania.

Przez wszystkie lata bandyckich działań wobec mnie nie pozostawałam bierna, lecz systematycznie powiadamiałam stosowne władze i szukałam sojuszników moich działań w różnych środowiskach. Pism do władz napisałam ogrom. Ignorowano moje zgłoszenia, otrzymałam jedynie kilka uszczypliwych lub wręcz szyderczych odpowiedzi. Powstał w związku z tą sprawą jakiś dziwny tajny i półtajny szum, w Polsce i w wielkim świecie, czego nie zamierzam tutaj komentować. Celem mojej walki jest odzyskanie prywatności, dobrego imienia i uwolnienie się z kleszczy zbrodniczego procederu, z którym – jak doszłam w pewnym momencie do wniosku – trzeba walczyć metodami jak z mafią.

Regiony:    

Ale bajzel

Próbuję pozbierać myśli. A więc tak:

Najpierw był komunizm. Miał się skończyć w 1985 roku. Nie wiem dlaczego, ale nic nie wiedziałam o tej dacie końcowej, ustalonej podczas zawiązywania Układu Warszawskiego. Nie wiedziałam aż do całkiem niedawna. Ciekawe, czy inni wiedzieli… Nikt nic o ustaleniu tej daty końcowej nie mówił, nie pisał. Ciekawe dlaczego… Opozycja solidarnościowa, zamiast się cieszyć, że koniec już bliski, zaczęła wojować. Ciekawe dlaczego… Zaczęła wojować, wciągając w to cały naród. Coś się jednocześnie działo bardzo, bardzo tajnego. Długo nie wiedziałam co ani że w ogóle coś się takiego dzieje. Wypłynęły jakieś bohaterskie postaci typu Michnik, Kuroń, Mazowiecki (nie licząc Wałęsy) itp. W mediach non stop wymieniano nazwiska tego typu postaci i należało rozumieć, że są to autorytety absolutne, wspierane przez Zachód, reprezentujące najwyższe świętości narodowe takie jak Armia Krajowa czy Polska Walcząca. Stworzono nam świeckiego boga, którego należało czcić. Ten świecki bóg ogłosił, że Polska bez wiary katolickiej to nie Polska. Komunizm okazał się zbrodnią i identycznie ateizm. Czyli jeśli ja jestem ateistką (a jestem), to znaczy, że mam skłonności zbrodnicze. I jeśli ja w pewnym momencie zaczęłam żywić szacunek do służb typu SB, to mam już całkiem przekichane. Nic nigdy złego aparat komuny nie wyrządził mnie ani moim rodzicom i ta wpajana mi na spotkaniach solidarnościowych i KPN-owskich nienawiść do aparatu komuny nie ugruntowała mi się. Jak można wierzyć w coś, czego nie widać?? Jak DŁUGO można wierzyć w coś, czego nie widać?? Miałam z dnia na dzień ZACZĄĆ wierzyć w katolickiego Boga, którego nie widać, i w zbrodniczość komuny, czego osobiście nie stwierdziłam, a PRZESTAĆ wierzyć w wyzwolenie Polski spod okupacji hitlerowskiej przez Związek Radziecki, o czym uczyłam się w szkole i co potwierdzili moi rodzice i dziadkowie, którzy moment wyzwalania widzieli na własne oczy.

Minęło czterdzieści lat i oto widzę stan faktyczny, który jest efektem ewoluowania systemu stworzonego w miejsce komunizmu u nas i dwubiegunowości na świecie. W międzyczasie pojawił nam się na świecie antyterroryzm, antyrosyjskość, tęczowa rewolucja seksualna, obrona życia poczętego i ludobójstwo. Polscy politycy z solidarnościowym rodowodem stali się jeszcze więksi i jeszcze lepsi. Wszystko w ogóle teraz jest większe i lepsze ode mnie: Amerykanie, Unia Europejska, NATO i wszelkie ich strategie. Moje prawa obywatelskie podporządkowano wielkościom. Już nie jestem obywatelem jak za komuny, tylko rzeczą. Wolno nawet wedrzeć się do mojej duszy, za sprawą całkiem realnej techniki, bez uwzględnienia praw oraz procedur regulujących relacje między służbami specjalnymi a osobą cywilną. Wolno, bez podawania przyczyny uzasadniającej wtargnięcie. Może to eksperyment sfrustrowanego jakiegoś dowódcy? Może ordynarna zbrodnia? A może wielka gra jakaś? Ciekawe, czy chociaż pracownicy tych służb znają odpowiedź… „Ja tylko wykonywałem rozkazy”.

Wolno w sposób zawoalowany obrabować z dorobku materialnego, zniweczyć lata pracy. W imię kapitalizmu? Wolnego zachodniego świata? Oczywiście pod zmyślonym pretekstem. Po prostu: służby wkraczają w czyjeś życie i rujnują. Nowa epoka? Odwołano wszelkie dotychczasowe prawa?

Więzienie w Guantanamo to jest demonstracja bezprawia ze strony USA. Żadnych zasad, żadnych praw.

Regiony:                    

Nalot

Polskiego tajnego aparatu miałam serdecznie dość już bardzo dawno. Wyniszczanie, prześladowania, tortury, intrygi, wilczy bilet itd. Odizolowałam się dzięki mojemu odkryciu, że da się zarabiać na wykonywaniu stron internetowych. Niczego od służb nie potrzebowałam. Co było mi konieczne, na to sama sobie zarobiłam i mogli mi wskoczyć! Niczego mi nie dali, fachu kodera wyuczyłam się sama, pracowałam na własnym sprzęcie. Wydźwignęłam się ze skutków ich prześladowań i tak minęło ponad osiem lat. Co się dzieje w świecie polityki, to mi dyndało. Aż nastała jesień 2016 r., kiedy znów mnie napadli. Wcześniej też dawali w przykry sposób znać o swoim istnieniu, ale pod koniec 2016 r. nastąpił skomasowany atak. Widać, że mieli wszystko wcześniej opracowane, zaplanowane. I po co skierowali na mnie te swoje maszyny? Jak zwykle, nie wiadomo. Nie wiadomo, ponieważ nikt mi i tym razem powodu nie wyjawił. Żeby wszcząć taki atak, to trzeba być pospolitym, cynicznym bandytą, bez krzty moralności i uczciwości.

A oto najwyższy dowódca nalotu na mnie i mój dom:

obrazek
oko.press
Regiony:

Noce

Kilkanaście lat bez normalnego snu. Pierwszy etap trwał prawie dwanaście lat, drugi równo cztery. Przez pierwsze dwanaście lat uniemożliwiano mi zaśnięcie z różną częstotliwością – co noc, co dwie, co trzy, czasem dwie noce pod rząd. Bywały okresy nieco lżejsze, ale na krótko, bywały też okresy szczególnej aktywności bandytów i okrucieństwa. Przeważnie bezsenne noce trwały do białego rana, a czasem do pierwszej, drugiej lub trzeciej godziny. Za dnia nie pozwalano mi nocy odsypiać, na palcach jednej ręki można policzyć dni, podczas których po ciężkich nocach dano mi pospać godzinę, dwie, trzy. Zresztą w domu warunki mam takie, że ciężko wygospodarzyć moment, by nadrobić straconą noc. Mieszkam bowiem w niedużej kuchni, która jest jednocześnie kuchnią, moim biurem, a zarazem sypialnią. Nie mieszkałam i nie mieszkam przecież sama, a kuchnia – wiadomo – stale jest domownikom potrzebna. Ponadto nie mogłam liczyć na zrozumienie domowników, ponieważ metoda katowania mnie brakiem snu była – mówiąc oględnie – nie do opowiedzenia. Jedyna rada, jaką usłyszałam od „wyrozumiałej” matki brzmiała: to kup sobie jakieś pigułki na sen. Ochrzaniła mnie za to parę razy, że marnuję po nocach prąd, świecąc światło lampki nocnej. Chcąc uniknąć jej ględzenia, siedziałam w bezsenne noce przy świetle komputerowego ekranu, gdy już komputer miałam. Tak więc po cichu i po ciemku gdy nie mogłam wytrzymać już w łóżku, poruszałam się po kuchni jak kret albo jak żyd ukrywający się podczas II Wojny Światowej. Budzono mnie przesyłając na umysł słowa, obrazy, wrażenia – z wielkim, bywało ze skrajnym sadyzmem. Jakiś niewyobrażalny debilizm krył się za tym bestialstwem. Podczas jednej nocy zajmowało się mną prawdopodobnie kilku bandytów na zmianę. Każdy z nich czuwał z najwyższą uwagą, bo gdy pomimo przesyłanych mi przekazów ogarniał mnie błogi stan, jaki pojawia się w momencie zasypiania, natychmiast gwałtownie reagowali. Dokładnie w takim momencie. Z tego wynika, że czuwali z takim natężeniem uwagi, jakby co najmniej prowadzili F-16 podczas powietrznego boju.

Jeden gnojek przesyłał mi obrazy abstrakcyjne, o niezwykle intensywnych barwach, inny z kolei długotrwałe błyski światła, co odbierałam w taki sposób, jakby ktoś silną lampą świecił mi prosto w oczy. Trwało to nieraz po kilka godzin, może dwie, po czym metody się zmieniały. Był jeszcze i taki „geniusz”, który przesyłał jakieś specjalne fale uniemożliwiające zaśnięcie, mimo iż panowała w mojej głowie cisza i nie przesyłano żadnych obrazów. Odbywały się też rozmowy dwóch czy więcej osób – rozmowy słowne lub polegające na wymianie myśli. Bywały przekazy fal oddziałujące na organizm w sposób niezwykle wkurzający. Przeżywałam podczas takich nocy niewyobrażalną gehennę. Szalałam, płakałam, próbowałam pracować nad stronami, próbowałam opisywać sadyzm bandytów. Którejś nocy otworzyłam okno i zaczęłam głośno wrzeszczeć, doprowadzona do ostateczności. Oni nie zwracali się do mnie jak do człowieka, o nic nie pytali, niczego nie chcieli. Po prostu bili.

Dnie następujące bezpośrednio po takich nocach były straszne. Czułam się jak ciężko chora, wielkim wysiłkiem było nawet wspinanie się po schodach – byłam tak umordowana, że ciało odmawiało posłuszeństwa i wstępowanie po schodach krok za krokiem wykonywałam nadludzkim wysiłkiem woli, a z oczu płynęły mi strumieniami łzy. Nie wychodziłam w takie dnie nigdzie daleko, najwyżej do pobliskiego sklepu po coś niezbędnie koniecznego, bo nie do opanowania płacz dopadał mnie byle gdzie – w sklepie, na ulicy. Przepadały mi niejednokrotnie terminy do lekarza. Bałam się iść do dentysty, wolałam nawet cierpieć z bolącym zębem, bo wiedziałam, że na fotelu dentystycznym na pewno rozpłaczę się jak małe dziecko. Byłam jak przepełniony dzban, wystarczyło jedno dotknięcie, bym rozkleiła się zupełnie. Starałam się panować nad sobą, cały dzień wyczekując wieczora, bo po zachodzie słońca – co ciekawe – moje okropne samopoczucie łagodniało, natomiast gwarancji, że tej nocy usnę, nie było żadnej. Pamiętam jeszcze, że zaraz po zjedzeniu obiadu każdorazowo przechodziłam głębszy kryzys. Widocznie resztki moich sił skupiały się na trawieniu. Po pewnym czasie rozszalało się moje ciśnienie, musiałam zacząć brać lek na nadciśnienie, a nadciśnienie jest to choroba, która już nigdy się nie cofa, nawet gdy przyczyna ustaje.

Po pewnym czasie naturalnym biegiem losu z domowników pozostałyśmy w domu same, ja i matka. Matka to osoba o ciężkim charakterze i niedoskonałościach psychicznych i moralnych, co zostało skrzętnie przez moich wrogów wykorzystane. Nigdy nie chciałam z nią mieszkać, ale wróg mój postarał się, by wszystkie moje dążenia do samodzielności mieszkaniowej zostały unicestwione. Utkwiłam więc w kuchni, wciąż łudząc się, że to tylko sytuacja chwilowa. Okazało się, że nie chwilowa. Matka stawała się potworem coraz bardziej, wzniecała awantury, kompletnie nielogiczne i bez powodu, z głębokim przeświadczeniem, że ona jest ta lepsza, a ja gorsza i w ogóle najgorsza. Gdyby jej słowa mogły zabijać, już bym nie żyła. Pomyślałby ktoś, że opowiadam o zwykłym rodzinnym konflikcie, jakich wiele. Nie, to nie był i nie jest zwykły konflikt, lecz sytuacja wysterowana metodą kontaktu bezpośredniego. Obie jesteśmy pionkami w grze tajnych oprawców. Pewnie dumni są z tego, że tkwiąc w szeregach tajnych służb Polski i pod nosem innych pracowników tych służb udało im się skonstruować taki właśnie rodzinny kocioł.

Oczywiście pojawia się pytanie, dlaczego ja? Dekady całe, odkąd zauważyłam nienaturalne zainteresowanie mną ze strony tajnych sił, szukałam odpowiedzi. Teraz już wiele rozumiem, ale nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem, jak mogło dojść do tak rekordowego okrucieństwa, wartego zapisu w Księdze Guinnessa. Przerobiłam Nowy Testament (choć jestem ateistką), wyoglądałam mnóstwo ambitnych filmów, prawie wyłącznie amerykańskich, i w końcu zaczęłam się zastanawiać, co to jest tak naprawdę „homo sapiens”.  W teorii wyglądamy całkiem nieźle, lecz w praktyce – piekło na Ziemi. Czytając, oglądając, analizując i rozmyślając, pisząc listy i przeprowadzając rozmowy, dociekłam, że za moim losem kryje się wielka polityka. Można się przerazić, wiedząc, jak niskie pobudki rządzą naszym, ludzkim losem. I tacy przedstawiciele naszego gatunku istot żywych dysponują niszczycielską techniką, którą bez żadnych oporów moralnych stosują przeciwko ludności. Mieliśmy epokę fascynacji bronią atomową, a teraz – bronią psychotroniczną, za pomocą której przywódcy pewnych państw mogą wreszcie realizować swój odwieczny sen o niczym nieograniczonym sprawowaniu rządu dusz. Gdyby popatrzeć na nasz glob z wysokości kosmosu, jakby patrzyli na nas kosmici, można by zobaczyć, że „homo sapiens” wyniszcza techniką swój niepowtarzalny i jedyny w świecie istot żywych walor, tj. mózg i intelekt. Największym dla ludzkości w tej chwili problemem jest, czy Stany Zjednoczone są, czy nie są największą potęgą świata, o co najbardziej boli głowa samych Amerykanów.  Nikt chyba nie wątpi, że pomiędzy USA a istnieniem wspomnianej techniki związek jest.

Nadal jednak nie wyjaśniłam, dlaczego ja. Odpowiedź jest prosta: powodu do wrogiego zainteresowania mną po prostu nie ma i nie było. Powód owszem jest, lecz znajduje się po tej drugiej stronie. Jak w westernie: to oni są ci źli, a ja ta dobra. Nie odwrotnie. Podobnie było z Irakiem: zakazanej broni po prostu nie znaleziono, ale i tak Irak został przez Amerykanów zrujnowany, tu jest to dobrze opisane (artykuł piąty od końca w spisie). Oto drugie „po prostu”, o służbach: do domu cywili się nie wchodzi, jeśli nie jest to uzasadnione prawem. Jeśli ktoś popełnia wtargnięcie do domu osoby cywilnej, to jest to zło. Nie osoba cywilna jest zła, lecz agresor. Nie odwrotnie. Amerykanie nawymyślali rozmaite powody wprowadzenia u siebie prawa do nieograniczonej inwigilacji ludności cywilnej, co jakimś cudem rozlało się po krajach takich jak Polska, skutkiem czego, a to w ramach antykomunizmu, a to antyterroryzmu popełniany jest przez służby państwowe terror przy zastosowaniu nieludzkiej broni polegającej na oddziaływaniu na odległość na ludzki organizm.

obrazek
obrazek
obrazek
obrazek
obrazek

Na wstępie pierwszej części wpisu wspomniałam, że po etapie uniemożliwiania mi normalnego snu przez 12 lat, nastąpił etap drugi. Któregoś dnia 2010 r. sympatyczni sąsiedzi z mieszkania bezpośrednio ponad naszym wyprowadzili się. Wkrótce pewnej nocy obudził mnie rumor, stukanie, szuranie dobiegające z tamtego lokalu. Wytrzymałam tak godzinę albo dwie i poszłam na górę. Nowi lokatorzy robili sobie remont, w środku nocy! Zwróciłam tym ludziom uwagę i poszłam do siebie. Troszkę się powściągnęli w hałasowaniu, ale i tak odgłosy dobiegające przez sufit nie dały mi zasnąć. Dziwne, słychać było nawet odgłos zamiatania. Co się okazało? Okazało się mianowicie, że nowi lokatorzy usunęli z podłogi warstwę, którą poprzedni lokatorzy położyli, a która pełniła skutecznie rolę izolacji akustycznej. Co się dalej okazało? Okazało się, że ów lokal, który przed wprowadzeniem się poprzednich lokatorów był strychem, nie został przez nich poprawnie dostosowany do zamieszkania. Strych miał „łysą” zupełnie podłogę, pozbawioną warstw izolacyjnych: przeciwpożarowej, przeciwwodnej i akustycznej. Ci sympatyczni lokatorzy popełnili niestety fuszerkę, bo tylko ułożyli jakieś dykty, które, choć skutecznie spełniały rolę izolacji akustycznej, to jednak pod względem przepisów budowlanych były niepoprawne. Gdy tylko zostały usunięte, zaczął się horror – słychać było nawet, jak łyżka upada na podłogę i jak ktoś – za przeproszeniem – puszcza bąka. Tak się zaczęło nowe, czteroletnie „wariatkowo”.

Nowi lokatorzy byli to ludzie młodzi, studenci, i mieli mnóstwo koleżanek i kolegów, którzy odwiedzali ich każdego dnia. Na zmianę zmuszona byłam wysłuchiwać, a to odgłosów remontu, a to libacji alkoholowych, które – jak wiadomo z definicji – są głośne. W kuchni, mojej sypialni, a zarazem biurze, nie dało się normalnie spać ani pracować. Wina leżała na pewno po stronie urzędu miasta, który nie powinien był zezwolić na zamieszkanie strychu niedostosowanego do roli mieszkania. Wina leżała także po stronie nowych lokatorów, ale tylko od pewnego poziomu decybeli wzwyż, bo przecież trudno wymagać, by ludzie we własnym domu fruwali, zamiast chodzić, nie zrzucali łyżeczek na podłogę, nie puszczali bąków, nie prowadzili (normalnego) życia towarzyskiego. Gdy już przekroczyli czerwoną linię decybeli, interweniowałam. Najpierw szłam na górę zwrócić uwagę, a gdy to nie pomagało, dzwoniłam po policję. Patrole policyjne nie potrafiły pojąć tego „skomplikowanego” problemu hałasu ponad miarę, z uwzględnieniem wady mieszkania – byłam dla nich tylko starszą panią, której wszystko przeszkadza. Walcząc z hałasem w ten sposób, równocześnie rozpoczęłam batalię po stosownych urzędach Krakowa, w sprawie wadliwego stropu. Urzędnicy – oczywiście – robili sobie z problemu i ze mnie kpiny. Niczego nie osiągnęłam. Po kilkunastu tygodniach tego piekła zaprosiłam Telewizję Kraków. Ekipa przyjechała, nakręciła materiał filmowy, przeprowadziła ze mną wywiad i pokazała reportaż w telewizyjnych wiadomościach. Pomogło. Wieść o zachowaniu pary głównych lokatorów dotarła do ojca dziewczyny, którym okazał się biznesmen i któremu zależało na opinii. To on był właścicielem mieszkania. W krótkim czasie potem sprzedał je. Ulga nie trwała długo.

Mieszkanie kupił pan, który na stałe mieszka poza Polską. Sto metrów kwadratowych powierzchni podzielił na kilka pokoiczków, które zaczął wynajmować na zasadzie hotelu. Pozajmowali je najpierw grupa studentów, potem robotnicy pewnej firmy. Libacje alkoholowe odbywały się całą dobę na okrągło. Centrum towarzyskie stanowiła ich kuchnia, która położona jest bezpośrednio nad moją kuchnio-sypialnio-biurem. W kuchni postawili fotel na sprężynach, który przy najmniejszym ruchu osoby siedzącej na nim nieznośnie skrzypiał. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że w przepisowym budownictwie warstwa izolacji akustycznej powinna być położona w taki sposób, by nie stykać się z pionowymi ścianami. Tym sposobem wszelkie stukanie o podłogę nie jest przenoszone do innych kondygnacji po ścianach, w górę i w dół. A ponieważ piętro wyżej takiej izolacji nie było, słyszałam wszelkie ruchy na wspomnianym fotelu ­– skrzypienie słyszałam tak, jakby ktoś skrzypiał obok mnie. Ten odgłos był nie do zniesienia zwłaszcza nocą, gdy przyłożyłam głowę do poduszki na moim materacu do spania, ułożonym na podłodze. Opisując „akustycznie” problem, zgodnie z prawem fizyki, odgłos skrzypienia przenosiły ściany i przechodził aż na moją podłogę. Sąsiedzi u góry z impetem zatrzaskiwali drzwi od szafek i zasuwali szufladę. Tłukli się też drzwiami od łazienki i pokoi. Nie oliwili zawiasów w drzwiach od łazienki. Gdy już byli mocno podpici, tłukli się stołkami o podłogę, szurali, szamotali się między sobą. Jeden z lokatorów uwielbiał „po pijaku” gadać. Gadał donośnym głosem nawet po kilka godzin, nie bacząc na to czy jest dzień, czy noc. Nie interesował ich stan kanalizacji w kuchni, skutkiem czego parę razy zalali mi sufit. Kiedyś zalali mi przedpokój, strużka wody spływała pół centymetra obok puszki od dzwonka do drzwi. Parę razy zarzygali mi, a to parapet okna kuchennego, a to balkon. Sumując: stado skretyniałych baranów, upojonych do nieprzytomności wódą i – podejrzewam – narkotykami.

Pisałam maile do właściciela mieszkania, przebywającego za granicą. Zwracałam się do firmy zarządzającej naszym budynkiem. Wzywałam policję mnóstwo razy. Przez cztery lata niczego nie osiągnęłam. Policjantka pewnego patrolu, przymilając się do jednego z uczestników libacji, doradziła mi, żebym sprawiła sobie zatyczki do uszu. Pewien policjant doradził mi, żebym zmieniła mieszkanie. Inny z kolei ostrzegł mnie, że bezpodstawnie wzywając policję narażam się na przykre konsekwencje. Pewnej nocy zaprowadziłam policjantów na mój balkon, pokazując rzygowiny. Orzekł cynicznie: ptaszek „naptał”. Rano zrobiłam zdjęcie rzygowin, przydało się potem. Napisałam skargę do Komendy Wojewódzkiej na postępowanie patroli, otrzymałam odpowiedź, że po przeprowadzeniu kontroli Komenda stwierdza, iż policjanci z patroli postępowali poprawnie. Co jakiś czas odbywały się rozprawy w sądzie, skutkiem moich zgłoszeń. Początkowo uczestniczyłam w nich, potem nie.

Byłam nagminnie niewyspana, pracowałam nad moimi stronami półprzytomna. Pewnego dnia, po CZTERECH nieprzespanych nocach udałam się do Komendanta Komendy Miejskiej Policji w Krakowie. Komendant przyjął mnie, wysłuchał i niebawem okazało się, że zajął się sprawą, tak jak należy. Udzielił mi sensownych rad. Sprawa trafiła na pobliski posterunek policji i została przydzielona pewnej policjantce „z jajami”. Była chyba jedynym policjantem „z jajami” na tym posterunku. Wreszcie coś się zaczęło dziać zgodnego z logiką. Policjantka wystosowała listy do zarządcy budynku, do właściciela mieszkania, grożąc należycie konsekwencjami. Potraktowano ją poważnie. Uruchomiła dzielnicowego dla tej sprawy, też zrobił, co należy. Ewidentnie trzymała stronę moją jako ofiary procederu, a nie jak dotychczas było – winnych. Pewnego dnia, począwszy od wczesnego wieczora na górze w mieszkaniu lokatorzy zaczęli się zachowywać jeszcze głośniej – okazało się to możliwe – niż zazwyczaj. Widziałam potem stan mieszkania po tej nocy: połamane meble, zerwane i zmięte jak gazeta linoleum z podłogi w kuchni – obraz jak po przejściu tornado. W trakcie tej nocy wezwałam – oczywiście – policję, bez przekonania jak zwykle. Przyjechali, ale tym razem ich interwencja wyglądała diametralnie inaczej. Jak w dobrym, kryminalnym filmie. Zapukali do drzwi na górze, po czym nastąpił jakiś tupot, trzaskanie drzwi, krzyki, odgłosy szamotaniny czy nawet bójki. Potem dowiedziałam się, że jeden z pijaków rzucił się na policjanta z pięściami. Wiadomo rzecz jasna, jak się to dla niego skończyło. Po krótkiej chwili patrzę przez okno, a tu nadjeżdża grupa antyterrorystyczna policji. Wbiegli na górę, znów jakaś szamotanina, krzyki itp., a następnie, patrząc przez „judasza”, widzę i oczom nie wierzę: moi sąsiedzi z góry leżą porozkładani po schodach, pospinani kajdankami po dwóch. Pogrom! Szczyt szczęścia! Cztery lata na to czekałam!

Regiony:        

Święta Wielkanocne, czyli polski dżihad [2]

Jak biją? Falami. Siedzi taki bandyta przy urządzeniu, przy pomocy którego emituje fale. Fale docierają do mnie, pokonując drogę jak sygnał telefonu komórkowego z telefonu A do telefonu B. Ja jestem takim telefonem B. Od paru tygodni „spece od ofensywy” biją nową metodą, polegającą na zadawaniu fizycznego tępego bólu, a to na plecach, a to w prawym boku, a to pod biustem, a to w prawym biodrze. Ból skacze po mnie to tu to tam nagle, bez uprzedzenia, zupełnie jakby ktoś okładał mnie kijem, albo jest ciągły, jakby ktoś uciskał miejsce na moim ciele czymś ciężkim i twardym, trwa przez dłuższą chwilę, do kilku godzin nawet, z krótkimi przerwami przewidzianymi na moje złudzenia, że może już przestał bić. Dziś bił od 22.00 do trzeciej nad ranem. Na moje próby porozumienia typ rozbrajająco orzekł, że on przecież nie „bije”, lecz „wije”. Po pięciu latach i kilku miesiącach (na tym etapie, bo było tych etapów wiele) bicia mnie coraz to innymi metodami nikt już chyba w to nie wierzy, nawet on sam. W tłumaczeniu na polski, czasownik „wije” oznacza, że bita jestem w jakimś celu, jakiś cel ma zostać skutkiem tego bicia uwity. Co byś powiedział takiemu katowi w trakcie bicia? Na pewno chciałbyś się dowiedzieć, dlaczego jesteś bity i kto to zlecił. W tym momencie pojawia się dylemat, czy winny jest zleceniodawca, czy wykonawca, a jeszcze jakiś czas temu dylemat ten był – co słyszałam – w środowisku wijo-bijów roztrząsany. Odsyłam więc do mojego wpisu, gdzie w nagraniach audio pada odpowiedź: ‘Film pt. „Hannah Arendt” (2012)’

Według oceny czynów Eichmanna, o których film opowiada, winny jest zarówno wykonawca, jak i zleceniodawca. Również zgodnie z prawem kryminalnym winny jest zarówno zabójca, jak i ten, kto nakłania do zabójstwa.

Czy kraj, który zatrudnia takich zleceniodawców i wykonawców katowania mnie, może liczyć na szacunek w świecie? Pod względem moralnym nie wiem, co bardziej boli, czy to, że ktoś daje upust swej nienawiści do mnie lub realizuje nienawiść jakiegoś zwierzchnika i to bardzo odległego geograficznie, traktując mnie jak rzecz, czy to, że służby polskie widząc i wiedząc o procederze, zachowują bierność. Innymi słowy: w jakim kraju ja żyję??! Służby polskie tolerują lub wręcz współpracują z siatką popełniającą opisane tu czyny. Po co Polsce taka „piąta kolumna”?? Ona istnieje i działa dla dobra narodu polskiego?? O ile się założymy, że na Ukrainie też działała i działa podobna „piata kolumna”? I podobnie jak w Polsce pierze się ludziom mózgi, technicznie i propagandą, aby jak barany, oduczeni myślenia, atakowali wskazany im cel. Kat, a zarazem ofiara – też schemat znany z hitlerowskich obozów zagłady, gdzie faszystowscy oprawcy typowali wybranych więźniów na nadzorców, a potem i tak ich zabijali. Kat, a zarazem ofiara przypomina mi dzisiejszych zamachowców-samobójców.

Dobrze opisany problem: „Ludzie z Auschwitz: kaci i ofiary”

Regiony:

Święta Wielkanocne, czyli polski dżihad [1]

I co ja mam o takim kraju powiedzieć? Jeden bije, reszta patrzy. Całe życie postępuję rozumowo, z troską — oczywiście — o własne interesy. Rozważam, analizuję, poszukuję wiedzy, na własny koszt i z własnej inicjatywy. Nie oskarżam pochopnie, daję spory kredyt wyrozumiałości. I po co? Po gówno.

Cały czas nawet nie próbuję dociec odpowiedzi, za co jestem bita. Nie interesuje mnie to, ludzi po prostu nie należy bić i tyle. Ci, którzy biją, są w moich oczach całkowicie zdyskwalifikowani. To śmietnik. Ci, którzy patrzą i nie przeciwdziałają, to też śmietnik. Zastanawiam się jedynie nad tym, jaki jest skutek dla kraju istnienia takich mend w szeregach armii i służb polskich. Bo wprawdzie mnie nie interesuje to, za co mnie biją, ale oni biją w imię czegoś tam. Nawet jeśli sam taki bydlak robi to dla kasy, to gdzieś tam ponad nim, może nawet aż w Waszyngtonie i/lub Londynie itd. jest to bicie mile widziane, o ile nie wręcz zlecone. Pewnikiem jest, że istnienie takich mend w szeregach armii i służb Polsce nie służy. Ale komuś służy gdzieś tam, może nawet w Waszyngtonie i/lub Londynie itd.

Dla przypomnienia: napisałam mnóstwo listów, które, nie dość że zawierały cenną dla Polski wiedzę, to jeszcze demaskowały cele, metody i motywy Stanów Zjednoczonych, na podstawie ich reakcji lub braku reakcji. To samo — odnośnie innych krajów świata. Czyli listy były pod kontem wywiadowczym wartościowe. Jednak okazało się, że dla służb Polski bardziej wartościowi są oprawcy na usługach czyichś, gdzieś tam może w Waszyngtonie i/lub Londynie itd. Najwyraźniej „bohaterowie” służb Polski wolą otrzymywać gotową papkę z USA, może Wielkiej Brytanii itd., niż zbierać wiedzę obiektywną, wynikającą z pracy Polki! Polka dla nich znaczy tyle, co gówno w przeręblu, podobnie jak dla USA, może też dla Wielkiej Brytanii itd. Wspomniane listy jest to tylko jedno z moich rozlicznych dążeń. Znaczą dla służb polskich – jak widać – tyle samo, co listy. „Hipopotam jest istotą, która bardzo lubi błoto.” /Wanda Chotomska/

Czyli ja i służby Polski stoimy po przeciwnych stronach, i to już od bardzo, bardzo, bardzo dawna. Nasze cele są sprzeczne. Wasza oferta dla mnie, wspierania Polski w roli worka do bicia, mi nie odpowiada. Ani teraz, ani nigdy wcześniej. Bezmózgowcy z pałą mi nie imponują! Są w świecie lepsze autorytety!

Regiony:

Nie wybaczę!

Ciekawe, jak długo jeszcze Zachód będzie udawał, że w Polsce nie stosuje się powszechnie broni psychotronicznej. Ciekawe, jak długo jeszcze polskie służby będą udawały. Broń ta zastosowana jest w takiej skali, że zasługuje na miano broni masowego rażenia. Jesteśmy aż tak świętym krajem, że to barbarzyństwo nie jest u nas możliwe?? Czy ktoś w kraju i na świecie jeszcze w to wierzy?! Niepokalana niepodległa Rzeczpospolita… Czyż u nas nie morduje się dzieci (narodzonych), nie okrada z ostatniego grosza staruszków skazując ich na śmierć z niedożywienia i braku lekarstw? Służby obronne nie widziały jak przez dekady systematycznie i metodycznie rozkradał nasz kraj obcy kapitał, stosując matactwa, terror i zabójstwa? Nie wybaczę!

Regiony:

Amerykanie, przestańcie robić ze mnie ibn Ladina i Marilyn Monroe, na przemian!

Na tej stronie internetowej parę razy wyraziłam swoje stanowisko w kwestii atakowania mnie falami, nazywając te ataki jednoznacznie atakami. Widać, nie jest to jeszcze dla USA zbyt jasno napisane. A więc dopełniam: służby posługujące się bronią psychotroniczną nawiedzają mnie i mój dom nie w celu współpracy, lecz w formie agresji. Tak się zaczęło dekady temu i tak jest po dziś dzień. To powinno być Stanom Zjednoczonym wiadome, ponieważ lata temu wysłałam do władz USA bardzo dużo listów poświęconych tematowi ataków i stosowania wobec mnie broni psychotronicznej. Listy wysyłałam, a to poprzez konsulat, a to poprzez ambasadę, a nawet bezpośrednio do Kongresu USA i samego prezydenta. Odpowiedzi nigdy żadnej nie otrzymałam.

Domagam się zaprzestania intryg mających na celu stwarzanie pozorów, że prowadziłam czy prowadzę jakąś działalność za pośrednictwem służb nawiedzających mój dom. Jestem i byłam osobą cywilną. Uważam, że współpraca osoby cywilnej ze służbami państwowymi powinna odbywać się według reguł ściśle określonych prawem i cywilizowanymi obyczajami. Natomiast taka współpraca ze służbami zagranicznymi jakiegoś innego kraju jest niedopuszczalna i prawnie karana jako na przykład szpiegostwo czy dywersja. Nigdy nie podejmowałam się takiej roli.

Regiony:

„Как на Украине появилось электромагнитное оружие”

Украинский «Спецтехноэкспорт» (входит в ГК «Укроборонпром») сообщил о создании электромагнитного оружия, предназначенного для поражения радиоэлектронных средств, включая системы энергопитания и системы передачи данных.

Принципиально нового украинский оборонно-промышленный комплекс ничего создать не может. Вероятно, речь идет еще о советской разработке, которая еще называлась электромагнитным импульсом.

Такие виды оружия создавались и испытывались в СССР хотя бы для того, чтобы разработать средства защиты от них, потому что в случае подрыва крупного боеприпаса немедленно создавалась угроза для систем боевого управления, связи и разведки, которые, грубо говоря, выжигались.

В СССР еще 1980-ые годы эта тема получила развитие, особенно когда Рейган в начале 80-ых говорил о возможностях размещения оружия в космосе. Кроме того, фундаментальные научно-исследовательские и опытно-конструкторские работы в этой области в последние годы на Украине не велись, так что я уверен, что заявление о создании чего-то принципиально нового на Украине — фейк.

Они просто взяли старую наработку, назвали по-украински, а потом выдали за новое электромагнитное оружие. Следуя данной логике, можно любой утюг переименовать и выдать за новый вид оружия.

rns.online , viperson.ru

Tłumaczenie w/g Google :

Jak pojawiła się broń elektromagnetyczna na Ukrainie

Ukraiński Spetstechnoexport (część Grupy Kapitałowej Ukroboronprom) ogłosił powstanie broni elektromagnetycznej przeznaczonej do niszczenia sprzętu elektronicznego, w tym systemów zasilania i transmisji danych.

Ukraiński kompleks wojskowo-przemysłowy nie może stworzyć niczego fundamentalnie nowego. Prawdopodobnie mówimy o rozwoju sowieckim, zwanym także impulsem elektromagnetycznym.

Tego typu bronie były tworzone i testowane w ZSRR, choćby w celu opracowania środków ochrony przed nimi, ponieważ w przypadku detonacji dużej amunicji natychmiast stworzono zagrożenie dla systemów kierowania walką, łączności i wywiadu, które: z grubsza wypalili.

W ZSRR, jeszcze w latach 80., temat ten został rozwinięty, zwłaszcza gdy na początku lat 80. Reagan mówił o możliwości umieszczenia broni w kosmosie. Ponadto podstawowe prace badawczo-rozwojowe w tym obszarze nie były prowadzone na Ukrainie w ostatnich latach, więc jestem pewien, że stwierdzenie o stworzeniu czegoś fundamentalnie nowego na Ukrainie jest fałszywe.

Po prostu wzięli starą pracę, nazwali ją po ukraińsku, a następnie przekazali ją jako nową broń elektromagnetyczną. Kierując się tą logiką, możesz zmienić nazwę dowolnego żelaza i przekazać je jako nowy typ broni.

A tu dokładniej o broni elektromagnetycznej na Ukrainie, w Charkowie:

ukrinform.ru

Regiony:        
Page 10 of 12
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

Tylko świnie siedzą w kinie!

This will close in 1 seconds